Rekolekcje – Wielka Środa

Rekolekcje – Wielka Środa

Ponownie wstępujemy na drogę spotkań z Chrystusem. Jest to droga spotkań w historii, ale i w naszej teraźniejszości, choć bowiem ja, który jestem uczestnikiem tego spotkania zmieniam się – On, który jest miłością, jest wczoraj i dziś, ten sam na wieki…

Pośród spotkań Pana z ludźmi na drodze męki – są spotkania narzucone, jak to z Piłatem, są spotkania przypadkowe, jak to z Cyrenejczykiem, są wreszcie spotkania – zapewne oczekiwane

Przecież Jezus nie mógł zostać sam na drodze męki… Przez wiele dni i lat szli za Nim wytrwale uczniowie. Można się spodziewać, że i w tej godzinie próby znajdą się na drodze cierpienia, drodze samotności… Tym bardziej, że deklarowali taką solidarność wyraźnie. Zwłaszcza zaś deklarował ją Piotr…

Wówczas Jezus rzekł do nich: «Wy wszyscy zwątpicie we Mnie tej nocy. Bo jest napisane: Uderzę pasterza, a rozproszą się owce stada.[…]». Odpowiedział Mu Piotr: «Choćby wszyscy zwątpili w Ciebie, ja nigdy nie zwątpię». Jezus mu rzekł: «Zaprawdę, powiadam ci: Jeszcze tej nocy, zanim kogut zapieje, trzy razy się Mnie wyprzesz». Na to Piotr: «Choćby mi przyszło umrzeć z Tobą, nie wyprę się Ciebie».

Tymczasem, ewangelista Marek, uczeń Piotra, jego współpracownik zapisał w swojej Ewangelii, a trzeba przypuszczać, że jego relacje na temat Piotra są szczególnie wiarygodne, są wręcz wyznaniami Piotra, zapisał zaparcie się tego Apostoła:

Piotr zaś szedł za Nim z daleka aż na dziedziniec pałacu najwyższego kapłana. Tam siedział między służbą i grzał się przy ogniu.

Kiedy Piotr był na dole na dziedzińcu, przyszła jedna ze służących najwyższego kapłana. Zobaczywszy Piotra grzejącego się [przy ogniu], przypatrzyła mu się i rzekła: «I tyś był z Nazarejczykiem Jezusem». Lecz on zaprzeczył temu, mówiąc: «Nie wiem i nie rozumiem, co mówisz». I wyszedł na zewnątrz do przedsionka, a kogut zapiał. Służąca, widząc go, znowu zaczęła mówić do tych, którzy tam stali: «To jest jeden z nich». A on ponownie zaprzeczył. Po chwili ci, którzy tam stali, mówili znowu do Piotra: «Na pewno jesteś jednym z nich, jesteś także Galilejczykiem». Lecz on począł się zaklinać i przysięgać: «Nie znam tego człowieka, o którym mówicie». I w tej chwili kogut powtórnie zapiał.

Zdrada Piotra – zaparcie się Jezusa przez tego szczególnie wybranego i naznaczonego odpowiedzialnością ucznia zdumiewa. Tym bardziej, że w uszach czytających opis tej zdrady, przez wieki całe, brzmią słowa wielkiego wyznania pod Cezareą – Ty jesteś Mesjasz… brzmią słowa deklaracji Piotra spod Kafarnaum: Panie, do kogóż pójdziemy, Ty masz słowa życia wiecznego… My wszyscy,  którzy wstępujemy na drogę medytacji owej męki Jezusa pamiętamy zdarzenia świadczące o szczególnym wybraństwie i szczególnej odpowiedzialności nałożonej temu, którego Jezus nazwał Kefas – Piotr – Skała i na którym obiecał zbudować swój Kościół…

Skąd ten kryzys Piotra?

Skąd taka uległość wobec lęku, w dodatku lęku wobec służących i sług, nawet nie wobec władzy czy żołnierzy… Skąd ten lęk i uległość tak dalece posunięte, że aż staje się wyrokiem śmierci – Nie znam tego człowieka

Przykład Piotra uczy nas pokory wobec misterium, jakim jest nasze wnętrze, nasze sumienie, ale także wobec misterium Chrystusa.

Powszechnie zwraca się uwagę, że Piotr, tak jak i inni uczniowie nie rozpoznał przez całe trzy lata, kim jest Jezus. Pomimo całej bliskości obcowania z Panem, spożywania cudownie rozmnożonego chleba, picia wspaniałego wina uczynionego z wody, dzielenia  radości cudownie przywróconych do życia i zdrowia – pomimo tego wszystkiego – Jezus jawił się Apostołom jako przywódca polityczny, jako spełnienie ich osobistych i narodowych nadziei, jako zaspokojenie ich oczekiwań – nie jako spełnienie obietnicy, którą daje Bóg.

Pozostaje dla nas – na zawsze Piotr znakiem spotkania z Miłością i niezrozumienia Jej do końca.  Spotkania z Miłością i zatrzymania się jedynie na powierzchni tego spotkania… Spotkania z Miłością, która jest w Bogu i interpretowania Jej wyłącznie w kategoriach ludzkich…

Ale też Piotr odsłania nam, że mimo tego niezrozumienia, jeśli pojawi się wola przylgnięcia do Boga, jeśli jest płacz, jeśli jest żal i choćby gest nawrócenia, ale – jeśli ten gest jest! – człowiek wchodzi w przestań miłosierdzia.

Temat miłosierdzia w Krakowie, to temat bardziej oczywisty niż powietrze.

Temat miłosierdzia to przecież także jakaś nasza narodowa treść i sposób przeżywania i doświadczania Boga.

A jednak w tych ostatnich latach i miesiącach mamy bardzo konkretne pytania o miłosierdzie:

Wielu podpowiada nam, chrześcijanom, że w obliczu fali uchodźców, to właśnie my, uczniowie Jezusa, w imię miłosierdzia jesteśmy szczególnie zobowiązani do okazania tysiącom przybyszów miłosierdzia. Karmi się nasze oczy i porusza sumienia obrazami matek z dziećmi, widokami dziecięcych twarzy przyklejonych do zasieków, drutów. Okażcie im miłosierdzie – wołają z różnych stron.

Jaki ma być zakres tego miłosierdzia. W niemieckich mediach na portalu merkur.de niemiecki pastor Ulrich Wagner zaproponował wprowadzenie dla męskich uchodźców usług prostytutek. „Prostytucja została uznana za zawód w Niemczech. Uchodźca otrzymuje pomoc medyczną, to dlaczego odmawiać mu nie mniej ważnej – pomocy seksualnej?” To także zdaniem niektórych – wyraz miłosierdzia.

Inni mówią o potrzebie miłosierdzia dla naszej planety – matki-ziemi, która jest zagrożona przez urbanizację, ocieplenie klimatu, industrializację… Trzeba okazać miłosierdzie oszczędzając wodę, ograniczając pranie, rezygnując z detergentów, z wydobywania węgla… Trzeba ratować ziemię, okazywać jej miłosierdzie, choćby za cenę … eliminacji życia ludzkiego…

Inni jeszcze apelują o miłosierdzie w obliczu współczesnych dramatów historii i sumienia, współpracy ze złem. W Roku Miłosierdzia pojawiły się głosy oburzenia z tego, że Episkopat nie interweniuje w obliczu „hałasu o teczki” – trzeba to wszystko zamknąć miłosierdziem, obrócić w milczenie, zasypać…

Jeden z autorów takiego apelu o miłosierdzie sugerował na łamach jednej z gazet – przyjęcie postawy Hannah Arendt, która zajęła postawę w dobie izraelskich sporów rozliczeniowych po wojnie: „Gdy w Izraelu rozgorzały dyskusje na temat potępienia Żydów, którzy pełnili w obozach koncentracyjnych funkcje kapo lub wydawali jedni drugich na śmierć, miała odwagę powiedzieć: “Stop! Wszyscy jesteśmy ofiarami, zarówno ci, którzy stracili życie, byli w obozach śmierci, jak i ci, którzy chcąc ratować życie swoje i swoich bliskich, ugięli się pod władzą nazistów. Wszyscy jesteśmy ofiarami tego systemu, nie ma lepszych i gorszych, pozostają tragiczne wybory, których nikt nie ma prawa sądzić!”.

Można powiedzieć – istnieje dziś wrzawa na temat miłosierdzia, a… we wrzawie trudno o zrozumienie!

Nie sposób zrozumieć miłosierdzia – jeśli najpierw nie staniemy na chwilę w przestrzeni ważnych pojęć – wszak kryzys prawdy to kryzys pojęć

Dlaczego o tym mówię? Bo jest granica między kłamstwem a prawdą. Jest granica między upadkiem a wielkością, między zdradą a wiernością. Między uległością słabości i bohaterstwem. Nie da się zatrzeć tych granic słowem „ofiara” .

Jest granica między troską o życie na planecie a troską o ludzkie życie.

Jest granica między przyjmowaniem fali nachodźców i barbarzyńców islamskich a pomocą prześladowanym chrześcijanom.

Jest granica między obecnością ludzi rozwiedzionych w Kościele a komunią, wspólnotą, która jest odwzorowaniem komunii Chrystusa z Kościołem.

My musimy tę granicę dostrzec, by rozpocząć poznawanie miłosierdzia. Musimy jasno dostrzec to, że jest Bóg, że jest ryzyko i dramat grzechu, ale że jest też nadzieja zbawienia.

To jest nadzieja, która wyrasta z prawdy…

Jednym w zasadniczych problemów jest pytanie – kogo dotyczy i może dotyczyć miłosierdzie? Człowieka, który jest sprawcą zła, który jest świadom zła swojego życia.

Być sprawcą zła to coś innego, niż być człowiekiem nieszczęśliwym.

A chyba dzisiaj w wielu głosach Kościoła – chcemy odnosić miłosierdzie do ludzi nieszczęśliwych, ale wcale niekoniecznie świadomych swojej grzeszności.

Ks. prof. Józef Tischner – zastanawiał się, co dzieje się z człowiekiem

wtedy, gdy nie potrafi spojrzeć na świat inaczej, jak poprzez pryzmat swojego nieszczęścia. Przeżyte nieszczęście trwa w nim i staje się oknem, poprzez które patrzy on na ludzi, na świat, na Boga. Kto patrzy na świat poprzez nieszczęście, które niesie w sobie, ten widzi świat jako ziemię wygnania. Wszystko, co tu jest, jest nie takie jak być powinno: nieprawdziwy dom, nieprawdziwi ludzie, nieprawdziwe czasy i on sam nieprawdziwy”.

Tischner kontynuuje:

Okno nieszczęścia staje się również oknem, przez które człowiek ogląda Boga. Co się wtedy dzieje? Możliwe są dwa wyjścia: albo człowiek obwinia Boga za swoje nieszczęście i wówczas odchodzi od Boga, odkrywa, iż jego nieszczęście przykuwa wzrok litościwego Boga i wtedy wytwarza w sobie swoistą odmianę religijności – „religijność nieszczęśliwą”.

[…]Nieszczęśnik odkrywa, iż dopiero dzięki nieszczęściu stał się kimś naprawdę cennym dla Boga. Bóg spojrzał na niego, usłyszał jego jęk i jego płacz.

Wtedy pozostaje już tylko jedno: przywiązać się do swojego nieszczęścia,  odnaleźć w nim swoją drogę wiary, a także swoją godność”.

Rzecz w tym, że człowiek nieszczęśliwy – wedle tego opisu Tischnera wcale nie musi chcieć zmienić swojego stanu!

Czy taka postawa nieszczęścia nie wyklucza miłosierdzia? Czy nie zakłada ona raczej litości?

Miłosierdzie, które zostaje poddane ewangelicznej  interpretacji, jak pokazywał to św. Jan Paweł II jest skoncentrowaniem się nie na nieszczęściu, ale na godności człowieka. W „Dives in misericordia” czytamy:

„relacja miłosierdzia opiera się na wspólnym przeżyciu tego dobra, jakim jest człowiek, na wspólnym doświadczeniu tej godności, jaka jest jemu właściwa. To wspólne doświadczenie sprawia, że syn marnotrawny zaczyna widzieć siebie i swoje czyny w całej prawdzie (takie widzenie w prawdzie jest autentyczną pokorą); dla ojca zaś właśnie z tego powodu staje się on dobrem szczególnym: tak bardzo widzi to dobro, które się dokonało na skutek ukrytego promieniowania prawdy i miłości, że jak gdyby zapomina o całym złu, którego przedtem dopuścił się syn”

Niezwykle istotne jest tutaj nie tyle postrzeganie faktu autentyczności i nieautentyczności, regularności i nieregularności, ale widzenie prawdy. Dokładniej mówiąc widzenie  prawdy własnego życia, które uzdalnia do metanoi i wysiłku drogi.

Dlatego musimy niemniej mocno jak miłosierdzie, akcentować słowo „pokuta i nawrócenie” To, co mogło uderzać w nauczaniu Biskupa Rzymu w czasie roku miłosierdzia to jakby marginalizowanie przypowieści o miłosiernym ojcu i marnotrawnym synu.

A przecież metafora nawrócenia się i podjęcia drogi powrotu do Boga, czekającego w swoim domu i zarazem naszym domu, oddaje rzeczywistość ogromnie istotnego wysiłku ludzkiego życia – walki z grzechem.

Znów warto wsłuchać się w analizy ks. prof. Tischnera, który przypominał:

„Mistrz Eckhart: A z im większym uporem sam człowiek walczy z grzechami, tym bardziej Bóg jest skłonny, je odpuścić i przyjść do duszy, by je z niej wyrzucić; każdy bowiem najgorliwiej usuwa. to, czego najbardziej nie lubi. Zatem im większe i cięższe są grzechy, tym chętniej Bóg je odpuszcza, czyni to tym szybciej, że czuje do nich głęboki wstręt.

[…] Słowa te mają na celu przybliżyć nam rozumienie natury Boga. Wyobraźmy sobie matkę kilkorga dzieci. Dzieci wracają do domu po zabawie umorusane, zabłocone. Co robi matka? Matka myje najpierw to dziecko, które jest najbardziej zabrudzone”.

Podobny – zewnętrznie obraz matki nie wahającej się ubłocić – pojawia się w adhortacji Franciszka. Oto bowiem w rozdziale VIII swojej adhortacji, a zatem rozdziale budzącym istotowy spór wokół całego dokumentu, Autor adhortacji cytuje swój programowy dokument Evangelii Gaudium i stwierdza:

„Rozumiem tych, którzy wolą duszpasterstwo bardziej rygorystyczne, nie pozostawiające miejsca na żadne zamieszanie. Szczerze jednak wierzę, że Jezus Chrystus pragnie Kościoła zwracającego uwagę na dobro, jakie Duch Święty szerzy pośród słabości: Matki, która wyrażając jednocześnie jasno obiektywną naukę nie rezygnuje z możliwego dobra, lecz podejmuje ryzyko pobrudzenia się ulicznym błotem”.

W obrazie syna marnotrawnego (którego droga jest w sposób ewidentny droga przejścia od nieczystości do czystości domu Ojca) i  matki myjącej dzieci umorusane – mowa jest wyraźnie o powrocie syna/dzieci do domu. W papieskiej metaforze nie ma tego szczegółu.

A przecież jest to szczegół istotny. Powrót do domu Ojca w przypowieści o miłosiernym Ojcu jest równoznaczny z decyzją o nawróceniu syna – o jego metanoi. Na tej dynamice metanoi opiera się całe orędzie miłosierdzia chrześcijańskiego.

Mówimy o tej prawdzie, o sile nawrócenia w roku, w którym przeżywamy stulecie objawień fatimskich.

Jeden rok 1917

13 maja – Maryja objawia się po raz pierwszy i wzywa do pokuty. Bóg staje w obliczu chaosu wojennego i niemocy dyplomatycznej, by poprzez Kobietę – Matkę otworzyć ludzkie serca. A Matka skupia wokół siebie dzieci. Tak Bóg komunikuje się ze światem naznaczonym agresją i zawiścią,

1 sierpnia tego roku Benedykt XV ogłasza „Orędzie pokojowe” – plan pokoju dla Europy i świata, gdzie obok wartości typowo ewangelicznych jest też propozycja politycznego powrotu do status quo z jednej strony, a z drugiej do zaspokojenia potrzeb niepodległościowych niektórych państw. – Po co się miesza? – pyta cynicznie prezydent amerykański, a następnie, rok później „zapożycza” 14 punktów tego orędzia do swego planu.

13 października – Maryja po raz ostatni wzywa do pokuty i nawrócenia.

Z 6 na 7 listopada wybucha rewolucja bolszewicka w Rosji. Wojna i walka staje się niekończącą się historią…

Czy potrzebujemy dowodów na to, by zrozumieć, że bez nawrócenia zuchwalstwem jest liczyć na miłosierdzie?

Czy potrzebujemy dowodów na to, by prosić dziś natarczywie: Miej miłosierdzie dla nas i świata całego?

 

prof. Paweł Bortkiewicz, TChr.
duszpasterz AKO Poznań